Sprawozdanie ze spotkania z „mission da’wah” 06.12.2014

Sprawozdanie ze spotkania z „mission da’wah” 06.12.2014

Protest1Wg planów 06.12. chłopcy „straszni rzeźnicy” z mission da’wah z Londynu mieli przyjechać w dużej grupie, chodzić po Warszawie i namawiać Warszawiaków do zmiany wiary a właściwie do przyjęcia ideologii islamskiej. Ci „straszni rzeźnicy” mieli zostać przywitani przez naszych rodaków, którzy przeszli na tą ideologię szczęścia i pokoju i są już teraz strasznie szczęśliwi, a jedyne co im sprawia smutek to to, że inni Polacy nie chcą zaznać tego szczęścia i pokoju. Ponieważ dotychczasowe działania misyjne naszych strasznie szczęśliwych rodaków były mało skuteczne, konieczne okazało się ściągnięcie na pomoc chłopców z da’wah, którzy ponoć doświadczenie mają w tej materii znacznie większe.

Owszem: nastawialiśmy się na przywitanie grupy muzułmanów z Wielkiej Brytanii, wśród których mieli być m.in. pół – Polak wychowany od dziecka w Tanzanii przez lokalnych murzynów, Somalijczyk po kilku detoksach alkoholowych pod Londynem, Afgańczyk który co prawda żadnej cywilnej szkoły nie skończył, ale u siebie w górskiej wiosce na przełęczy znany był ze swej sprawności w robieniu przysiadów podczas modlitw oraz Anglik konwertyta noszący ponoć najdłuższą rudą brodę w miejscowości Newark. Ta oto czwórka miała być niejako elitą, najsłynniejszą i najbardziej efektywną częścią „strasznych rzeźników” z mission da’wah.

Zainstalowaliśmy nasze centrum dowodzenia w sercu Warszawy już w piątek po południu i od samego sobotniego ranka cztery nasze patrole przemierzały miasto w poszukiwaniu przybyszów z da’wah. W tygodniu poprzedzającym ich przyjazd okazało się, że chyba dowiedzieli się o naszej planowanej mobilizacji, ponieważ zrezygnowali ze spacerków misyjnych i postanowili urządzić jedynie wykład i spotkanie w meczecie na ul. Wiertniczej. Na wypadek gdyby wykład okazał się tylko fortelem a właściwa działalność miała mieć jednak miejsce na ulicach, nasze patrole miały natychmiast przekazać info do centrum dowodzenia i główna grupa PDL miała dojechać na miejsce w ciągu piętnastu minut.

Patrole zgodnie informowały, że na ulicach stolicy jest cisza, spokój, żadnych rzeźników nie widać więc nasza grupa zgromadzona w centrum dowodzenia spokojnie czekała i przygotowywała się do wizyty w meczecie.

Protest2Pojawiliśmy się na miejscu pod meczetem na pół godziny przed rozpoczęciem całej imprezy, ponieważ nie chcieliśmy się spóźnić na spotkanie ze „strasznymi rzeźnikami” i ich polskimi strasznie szczęśliwymi pomagierami. Obecna na miejscu grupa policji poinstruowała nas co możemy a czego nie możemy robić i mogliśmy już spokojnie rozpocząć naszą manifestację. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Mniejsza grupa w sile czternastu osób rozłożyła transparenty dosłownie w wejściu na posesję, a większa grupa czekała w pogotowiu sto metrów dalej na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Manifestacja przebiegła naprawdę przyjemnie i co najważniejsze – dość wesoło.

Najpierw pojawił się obok nas muzułmański student z Indii, który upierał się swoją skromną angielszczyzną, że u niego w Indiach wszyscy żyją w pokoju, przyjaźni, że nie ma żadnych sporów ani kłótni i że przedstawiciele wszystkich wyznań kochają muzułmanów a muzułmanie to już w ogóle kochają wszystkich dokoła. Zapytaliśmy go kto w takim razie kilka lat temu zorganizował serię zamachów bombowych w Bombaju, kto się notorycznie naparza o Kaszmir i kto z kim wziął się za łby gdy dawna kolonia brytyjska podzieliła się na Indie i Pakistan?

Odpowiedział, że u niego w Indiach wszyscy żyją w pokoju i przyjaźni itd. itd. itd. a my tutaj mamy wypaczony obraz tej krainy pokoju i przyjaźni, z której on wyjechał tylko dlatego, że chciał się przekonać jak źle jest w innych krajach.

Potem pojawiła się strasznie szczęśliwa, znana w Warszawie Polka konwertytka – zwolenniczka obcinania głów własnym dzieciom i proponowania tego rozwiązania dydaktycznego w warszawskich szkołach. Nie chciała z nami za bardzo rozmawiać…Przemknęła po prostu zawijając w powietrzu swoją chustą namaszczoną jakimiś orientalnymi wonnościami.

Potem pojawił się ciekawski śniady jegomość z dużą nadwagą w białej kurtce, który strasznie chciał podsłuchać o czym rozmawiamy między sobą. Trochę małomówny – na rozmowę nie dał się niestety namówić.

Potem pojawił się kierownik tego islamskiego obiektu, który nagle musiał gdzieś pojechać samochodem i kupić „coś” dla swoich gości. Zawsze gdy policja pojawia się w pobliżu ten pan jest bardzo miły i życzliwy, wręcz szarmancki. Zaprosił nas na wykład do środka z – jak to określił: świetnie wykształconymi muzułmanami. Wiedzieliśmy już o jakie wykształcenie chodzi, więc nie wchodząc w merytoryczną ocenę zapytaliśmy w jakim języku ci panowie się porozumiewają. Okazuje się, że są wprost bajecznie wykształceni w kwestii językowej. On sam zna tylko cztery języki, ale każdy z nich zna minimum cześć. Super. Nasz szanowny Pan kierownik włada francuskim, niemieckim, angielski i polskim. Próbowaliśmy porozmawiać w takim razie po francusku. Powiedział „że sua muzułman” i odjechał.

Manifestacja się skończyła i czwórka najbardziej ciekawskich z nas weszła na wykład do środka, gdzie nasłuchała się o miłości, pokoju, przyjaźni do chrześcijan, a na koniec została zaproszona do wizyt gdzie tylko chcemy: Londyn, Dubaj, Akka, Trypolis do wyboru – żebyśmy mogli się na własne oczy przekonać, nie ulegając antyislamskiej indoktrynacji, jak w rzeczywistości wygląda przyjaźń, pokój i miłość w wykonaniu wyznawców islam.

Może polecimy? Nie wiemy. Czekamy na przesłanie nam biletów i opłacenie hoteli.

Zapisz się do naszego newslettera!

Dołącz do nas!

Popierasz naszą działalność?
Masz dość siedzenia bezczynnie?
Chcesz zacząć działać?

Wypełnij deklarację!